Wenezuela / Venezuela

Wenezuela
Niezwykła przyroda, bogactwo fauny i flory, bajkowe krajobrazy, niespotykane w innych zakątkach Ziemi, królestwo Tepui i wodospadów.
Zapraszam do obejrzenia moich zdjęć Wenezueli.
Jakość zdjęć w diaporamie nie jest niestety najlepsza, ponieważ blog nie przyjmuje filmów "cięższych" niż 100 MB. Dlatego zdjęcia w diaporamie muszą być w małej rozdzielczości, co ma negatywny wpływ na jakość pokazu.  
 
Dzisiaj pierwsze zdjęcia z mojego odkrywania Wenezueli. Zaczęłam od La Gran Sabana (Wielka Sawanna) i treku na Roraima Tepui. Tepui w języku indian z plemienia Pemon znaczy góra stołowa, a Roraima to nazwa własna. Na La Gran Sabana jest ponad 360 gór stołowych i są uważane za jedne z najstarszych form geologicznych na ziemi. Ich wiek jest szacowany na 2 miliardy lat. Roraima jest najwyższą z nich, ma 2810 m npm., a jej powierzchnia zajmuje 31 km2. La Gran Sabana leży na terenie Parku Narodowego Canaima i jest prawdziwie  zachwycającym miejscem. 
Ale od początku. 
Oto mapa Wenezueli, na której zaznaczam miejsca, w których byłam i robiłam zdjęcia. Miejsca zaznaczam w kolejności wprowadzania zdjęć na blog. 
Najpierw leciałam taką awionetką
z Cuidad Bolivar do Santa Elena de Uairen. Lot trwa 2 godz. i jest zachwycający. Prawie przez cały czas leci się nad Gran Sabaną i można podziwiam tepui z lotu ptaka, o ile nie ma chmur. Mnie się udało coś sfotografować przez szybę samolotu, choć nie są to najlepszej jakości zdjęcia. 
Ciudad Bolivar leży nad Orinoko, więc po starcie samolotu najpierw widać rozległe rozlewiska tej potężnej rzeki,  
 
 a potem nadlatujemy nad majestatyczne, stołowe góry La Gran Sabany. 
 
 
 
Santa Elena de Uairen to miasteczko turystów, poszukiwaczy złota i diamentów. Ma około 40.000 mieszkańców, leży 25 km od granicy z Brazylią, jest raczej spokojne. Może powinnam napisać, że raczej było spokojne.
Z Santa Eleny jedzie się samochodem ok. 1,5 godz. do miejsca rozpoczęcia trekkingu, czyli tam gdzie jest wejście do Parku Narodowego Canaima i po przepakowaniu się ruszamy w drogę. 
La Gran Sabana była kiedyś całkowicie porośnięta lasami, nie była to więc sawanna, ale dżungla z osadami ludzkimi. Niestety 90 lat temu część dżungli strawił wielki pożar i od tamtej pory jest sawanną. 


W dolinach Sabany są skupiska drzew. Nie wiem czy można je nazwać lasami. Ale tak wygląda wnętrze takiego lasu.  
Po raz pierwszy kiedy zobaczyłam Tepui, tak wyglądały. Ich sylwetki nieśmiało majaczyły na horyzoncie, jak fatamorgana. Ledwo widoczne, ale w miarę posuwania się naprzód, coraz wyraźniejsze. Tepui po lewej nazywa się Kukenan, ta po prawej to Roraima i właśnie to był cel mojej wędrówki.  
Wschód nad La Gran Savaną trwa może 20 minut. Jesteśmy jakieś 350 km na północ od równika, więc dzień jest równy nocy, a wschody i zachody są bardzo krótkie. Trzeba się spieszyć z robieniem zdjęć.
Krzew bawełny, w tle Roraima.
A tak kwitnie  krzew bawełny, na żółto albo na różowo.
Alex, nasz przewodnik po La Gran Sabanie, pomaga nam przejść przez rzekę Tek. Do suchego przejścia potrzebne są skarpetki z czystej bawełny, bo tylko takie nie ślizgają się na obślizłych kamieniach rzecznych.
Alex, rdzenny mieszkaniec Sabany, Indianin z plemienia Pemon (plemię zamieszkujące La Gran Sabanę i Guyanę Brytyjską), urodził się i mieszkał przez ok. 40 lat w dżungli na La Gran Sabanie, ale w tej po stronie Gujany Brytyjskiej, po czym osiedlił się w Wenezueli z rodziną i pracuje jako przewodnik dla turystów. Jest najlepszym przewodnikiem jakiego znam. Jest bardzo oddany turystom, widać to na następnych zdjęciach.
Po wielkim pożarze na La Gran Sabanie część Indian się znowu się tam osiedliło, ale z czasem zaczęli emigrować do miast w poszukiwaniu lżejszego życia. Zostały po nich tylko puste domostwa.
La Gran Sabana to niezwykłe miejsce. Przez cały czas trekkingu miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie 2 miliony lat wstecz, i że za chwilę zobaczę dinozaury i pterodaktyle. Niewiarygodne uczucie. I oto się pojawił mały dinozaurek.
Roraima Tepui w całej okazałości, ale najpierw rzeka do przejścia.
oczywiście w bawełnianych skarpetkach.
Jeden z nielicznych mieszkańców Sabany. Indianka, żyje tam kompletnie sama, jest praktycznie samowystarczalna. Uprawia sobie wszystko co jej potrzeba do jedzenia. Oczywiście dochody z turystów też ma, i za zdjęcia, które można jej zrobić, oczywiście też.
Na Sabanie poza tym, że jest gorąco, jest bardzo sucho. Krem z filtrem 42 to minimum jakie powinno się zapewnić swojej skórze, filtr 32 to zdecydowanie za mało. Słońce parzy niemiłosiernie, miałam uczucie, że mnie ktoś przypalał żelazkiem. Jednego dnia szłam w sandałach i zapomniałam posmarować sobie stopy kremem. Opalenizna schodziła mi przez dwa lata !
Paprociowy las.
Zatrzymaliśmy się tutaj na lunch. Takie skupiska skał i drzew to jedyne miejsca na La Gran Sabanie gdzie można zaznać odrobinę cienia. Ponieważ jesteśmy prawie na równiku, to w południe promienie słoneczne padają pod kątem prostym, tak więc trzeba usiąść pod drzewem albo krzewem żeby schronić się przed słońcem.
 
Chmury nachodzące nad Kukenan Tepui i Roraima Tepui. Pogoda jest tam bardzo kapryśna, bardzo szybko się zmienia.
Tu jesteśmy już prawie pod Roraimą i na następnych zdjęciach nie uda mi się objąć jej całej.
To nie wodospad Salto Angel, to inny wodospad, również ciekawy. Prawie z każdej Tepui spada co najmniej jeden wodospad. La Gran Sabana to królestwo tepui i wodospadów.
Zachód nad La Gran Sabaną. Nie jest to udane zdjęcie, ale byłam w takich krzaczorach, że nie byłam w stanie inaczej tego ująć.
Nasze obozowisko, ostatnie przed wejściem na szczyt.
To ostatni postój, z którego można objąć wzrokiem całą Roraimę. Później będę widzieć tylko jej fragmenty. Zaczyna się podchodzenie na szczyt.  
Można też spotkać orchideę,  
i taki dziwny mech.
To Alex, baczy na nas czujnym okiem.
 
Tak objuczeni tragarze niosą na szczyt wszystko co potrzebne turystom.  
 
Ścieżka prowadzi pod ścianę Roraimy, potem się idzie wzdłuż ściany i oczywiście cały czas pod górę, na początku przez dżunglę.    
 
Tu się zatrzymaliśmy na lunch.
Nasza droga, nasze wyzwanie na najbliższą godzinę. 
Widok na Kukenan Tepui ze ścieżki
i wodospad z Kukenan.
Panorama La Gran Sabany z punktu widokowego.
I znowu nasza droga, z obsuwającymi się spod nóg kamieni. 
 
 Ostatnie spojrzenie za siebie, na ścianę Roraimy. Za chwilę wchodzimy na jej szczyt i zobaczymy niezwykły krajobraz.

Pierwsze minuty na szczycie i pierwsze zachwyty. Krajobraz księżycowy, po prostu niewiarygodny, jak z innej planety. Trudno go opowiedzieć słowami, a przed wyjazdem nie mogłam nigdzie znaleźć zdjęć w internecie tego, co jest NA Roraimie. Więc kiedy stanęłam na tej górze, to fotografowałam wszystko wokoło, bo było tak niewiarygodnie.

  
  To krajobraz sprzed co najmniej 2 milionów lat. Mieszka tu 2000 endemicznych gatunków zwierząt i roślin. Powyżej na zdjęciu jest roślina mięsożerna.

 
 
 
 

 Endemiczna żabka.
 
 

 Takie kryształy leżą sobie wszędzie na Roraimie. 


 
Niektóre formy skalne mają swoje nazwy nadane przez turystów. Ta powyżej nazywa się Wielbłąd.
 
   
Musicie się ze mną zgodzić, że widoki są jak z innej planety. Az trudno uwierzyć, że jesteśmy na Ziemi. 
 
 
Roraima leży na styku granic trzech państw: Wenezueli, Brazylii i Guyany Brytyjskiej, jednak 80% powierzchni Roraimy leży po stronie Wenezueli. To jest widok na dżunglę w Guyanie Brytyjskiej, właśnie stamtąd pochodzi nasz przewodnik Alex.
Po Roraimie można chodzić swobodnie, bez żadnego paszportu i lęku, że ktoś o niego poprosi. Straż graniczna tych trzech państw wie, że turysta nie zejdzie z Roraimy na stronę Guyany lub Brazylii, bo takiego zejścia nie ma. Wejścia też nie. Chociaż Alex twierdzi, że jest. O Alexie opowiem więcej później. To bardzo ciekawy człowiek. Jeśli kiedykolwiek wybierzecie się na Roraimę, to tylko z Alexem !
 
Urwiska Roraimy mają ok. 400m. 
 
 
 
 Jak już pisałam wcześniej, pogoda na Roraimie zmienia się co 15 min. Pomimo, że jest położona prawie na równiku, że idzie się przez sawannę w palącym słońcu, to na szczycie Roraimy wcale upalnie nie jest, a czasami wręcz zimno. Nosiłam podkoszulek z krótkim rękawem, żeby za chwilę zakładać polar i kurtkę, a w nocy normalnie zmarzłam pomimo polarowego ubrania i ciepłego śpiwora. Na Roraimie spędziłam dwie noce i podczas każdej słyszałam 3-4 burze. To zjawisko jest normalne w tym miejscu, ale nienormalne jest dźwięk burzy, zupełnie inny niż na ziemi. Pewnie dlatego, że fala dźwiękowa odbija się od ścian tepui i dźwięk jest mocno rozproszony. Bardzo ciekawe zjawisko. 
Takie chmury nachodziły nad Roraimę od strony Guyany Brytyjskiej. co chwila, tworząc upiorny krajobraz, taki jak ten:  
Czy ktoś by się zdziwił tutaj widząc wampira ? Ja nie. 
Chwilami to miejsce jest tylko w dwóch kolorach: czarnym i białym. 
 
 
 
Widok z Roraimy na Kukenan, która jest przykryta chmurami. 
 
 
 
Chociaż droga do Roraimy przez sawannę jest prosta i trudno się zgubić, to na Roraimie to już nie jest trudne. Powierzchnia Roraimy ma 30 km2 i jej krajobraz jest jak labirynt skał, dlatego bardzo łatwo się wśród nich zgubić. I takie przypadki już były wśród turystów.  
Alex mówi, że każda góra tepui ma swojego Ducha, a oni nie lubią hałasu. Więc kiedy się jest na tepui, to należy się cicho zachowywać, bo Duch może się rozgniewać i ukarać "imprezowicza". Mówi, że już się to kiedyś zdarzyło, a mianowicie głośno zachowujący się turysta zaginął i do dzisiaj nie odnaleziono ani jego ani jego ciała.  
 

 
 
 
 
 
Nasza kuchnia, restauracja i room service,
  i nasza sypialnia.
 
 Czas wracać. Ostanie spojrzenia na Roraimę i w dół. Ciężko było opuszczać planetę Roraima. To miejsce wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. 
 
Trekking na Roraimę trwa sześć dni. Dwa i pół dnia podchodzi się na szczyt, półtora spędza się na szczycie i dwa (a właściwie półtora) wraca do punktu rozpoczęcia.
W południe jest się u bram parku narodowego. Półtora dnia na górze - to nie jest dużo, biorąc pod uwagę, że powierzchnia Roraimy wynosi 31 km2. 
Z Roraimy spadają wodospady, taki jak ten widoczny po prawej stronie. Kiedy szliśmy w górę prawie go nie było, woda zaledwie kapała, nawet nie wiedzieliśmy, że w ogóle jest jakiś wodospad. Kiedy wracaliśmy musieliśmy zrobić sobie prowizoryczne płaszcze z plastikowych worków na śmieci, żeby nie zostać zalanym wodą. Wodospadu nie da się obejść, trzeba pod nim przejść. Przygoda była przednia ! Czułam się jak Indiana Jones. 
 

A oto zdjęcie z zaznaczoną drogą prowadzącą na szczyt Roraimy. Zaznaczyłam również wodospad, o którym wcześniej opowiadałam, dwa punkty widokowe na sawannę i miejsce naszego lunchu. 
I tą samą drogą, którą przyszliśmy do Roraimy, wracaliśmy spotykając takie oto piękne kwiaty:
 
 
 
I znowu Kukenan Tepui:
 
Tym razem Jej Majestat cały w chmurach. Można się zakochać w takim widoku.
Przechodzimy znowu przez rzekę i nocujemy w pierwszym obozowisku. Obozowisko jest w pozostałościach indiańskiej wioski. 
 Nocujemy ponownie w tym samym miejscu co w drodze na Roraimę, a w obozie stali jej mieszkańcy, czyli dwa psiaki. Zwierzęta domowe w Wenezueli (w pozostałych krajach Ameryki Południowej też) nie mają łatwego życia. Są bardzo źle traktowane. Przeganiane i bite, wychudzone, chore, zwyczajnie boją się ludzi i uciekają od nich. Wioda prawdziwie pieskie życie. 
To jedna z rzadkich chwil, kiedy nikt ich nie niepokoi.
 Ta góra na horyzoncie będzie górą stołową, za jakiś 1 milion lat. 
Jedno z ostatnich spojrzeń na Roraimę i Kukenan. Jak zwykle w chmurach. 
I kończymy trekking na Roraimę. 
Dojeżdżamy do wioski San Francisco de Yuruami, 
gdzie jemy lunch w restauracji w takiej oto chatce: 
 
Oto domostwa indian mieszkających w wiosce San Francisko: 
 
Ponieważ opuszczamy już ten obszar La Gran Sabany, to na koniec jeszcze trochę zdjęć z tego niezwykłego miejsca. 
  
 
Pozostałości po wioskach indiańskich.
 
 
 
Deszcz monsunowy nad Sabaną. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tu rozpoczyna się Amazonia, punkt widokowy na Amazonię. 
 
 
 
 
 
 
 
Rzeka Carrao, którą później będziemy płynąć w górę, do wodospadu Salto Angel,  
 
Laguna de Canaima, wodospady na rzece Carrao (przez okno avionetki),
 
 
wioska Canaima zamieszkała przez szczep indian Pemon, 
 
i lotnisko w Canaimie.
 
 
 
   
  
Do dyspozycji turystów są takie oto hotele i bungolowy
 
z takimi sąsiadami
 
 
  
 
 
  
 

I płyniemy przez Lagunę w kierunku wodospadu El Sapo.
 
 
  
 

Wodospad El Sapo. Przechodziliśmy przez niego, za kurtyną wody.
   
Tak było widać świat podglądany zza kurtyny.
 
I  El Sapo w pełnej krasie.
 
Taka mała mapka Canaimy, żebyście mogli się zorientować w tych wodospadach. Następnego dnia płynęliśmy w górę rzeki Carrao, w kierunku wodospadu Salto Angel. 
Woda z Carrao, która zaraz zasili El Sapo.
 
  
Carrao płynąca do El Sapo.
 
 
I znowu Laguna de Canaima.
 
Następnego dnia rano wypłynęliśmy z Canaimy w kierunku wodospadu Salto Angel - najwyższego wodospadu na świecie, 890 m spadu wody. Wypłynęliśmy łódką z portu w wiosce indiańskiej - poniżej,
 
wodą tak spokojną rzeki Carrao, że można pomyśleć, że to jezioro. 
 
Tylko na początku. Po mniej więcej godzinie woda nie była już taka spokojna.
 
I te piękne tepui majaczące po obu stronach Carrao.  
 
 
A po pewnym czasie Carrao zrobiła się taka gwałtowna, że kapitan łódki poprosił nas o jej opuszczenie i przejście pieszo ok. 1 km. Otóż, przełomy Carrao w tym miejscu są tak rwące, że nie wozi się przez nie turystów. Turyści przechodzą ten kawałek pieszo i wsiadają do łódki, kiedy rzeka jest spokojniejsza.
 
 
Wsiadamy do łódki i płyniemy dalej, 
 
a po drodze cały czas nam towarzyszą tepui.
 
   
 
 
Wody Carrao zawierają teinę, naturalny barwnik herbaty, stąd kolor jej wód herbaciany.
A kamienie porasta piękny mech.
 
Potem wpłynęliśmy w rzekę Churun, i w Wąwóz Diabła. Bardzo silny nurt, ...  i skały w wodzie i pod wodą.
 
Zrobiło się trochę niebezpiecznie. Chowaliśmy głowy i ręce.
 
 
 
I w pewnym momencie pojawił się wreszcie Salto Angel.
 
Salto Angel spada z Auyan Tepui, góry stołowej mającej największą powierzchnię ze wszystkich tepui, natomiast nie jest zbyt wysoki, ok. 1800 m npm. 
Churun meandruje wokół Auyan Tepui, więc zanim dopłynie się do obozowiska pod Salto Angel, wodospad pojawia się i znika kilka razy.
 
 
 
 
U swojego podnóża wodospad tworzy naturalny basen, w którym można się wykąpać. Pływanie odpada, bo choć woda jest bardzo ciepła, to pod wodą są ukryte skały, o które można się mocno poturbować. Dlatego ja się tylko zamoczyłam, i oczywiście trzeba było szybko wrócać do obozu, bo niebo już było zachmurzone, jak to nad tepui.
 
A to nasze obozowisko. Spaliśmy w hamakach, było super. Każdy hamak miał moskitierę.
To nie są oczywiście takie hamaki, jak sprzedają u nas w Europie. To są hamaki wykonane w taki sposób, że po nocy w nich kręgosłup nie boli i się jest wyspanym. Ponadto, w hamaku śpi się po przekątnej, wtedy materiał nie wyciąga się i nie zamiata się tyłkiem podłogi. Było egzotycznie i przygodowo
  
Naprzeciw wodospadu był taki widok, i jak to wieczorem, niebo było już zachmurzone. I to  już jest ostatnie zdjęcie z Parku Narodowego Canaima. Następnego dnia wróciliśmy avionetką do Ciudad Bolivar, miasta, w którym się urodził Simone Bolivar, narodowy bohater Wenezueli.
 
  
 
   







1 komentarz:

  1. piękne wspomnienia!!! :-) b się ciesze!!! abrazo Basia! Aga

    OdpowiedzUsuń